Dla tych którzy nie mają teraz czasu czytać przygotowaliśmy wersję PDF.
Do pobrania … tutaj http://www.wrzuc.to/QkFKc3vNT.wt
PDF zawiera wszystkie zdjęcia i teksty publikowane na tym blogu.
Dla tych którzy nie mają teraz czasu czytać przygotowaliśmy wersję PDF.
Do pobrania … tutaj http://www.wrzuc.to/QkFKc3vNT.wt
PDF zawiera wszystkie zdjęcia i teksty publikowane na tym blogu.
Minął już ponad miesiąc od kiedy wróciliśmy z Boliwii. Dopiero dziś znajduję chwilę by siąść i napisać kilka słów podsumowania i refleksji z całej naszej misji. Wir codziennych spraw, pracy, spotkań, odwiedzin wciągną nas całkowicie. Rozliczenia projektu, sprawozdania i raporty ciągną się jeszcze za nami. Ilość dokumentacji przy zamknięciu projektu jest ogromna. W dużej mierze wpływa to na naszą ogólną ocenę całego naszego wyjazdu. Nie myślcie jednak że oceniamy go w jakiś zły sposób. Wyjazd był jak najbardziej potrzebny, udany i zrealizowany. Podsumowując:
ZYSKI:
- udało nam się pomóc ponad 50 pacjentom którzy odwiedzili nasz gabinet lub my odwiedzaliśmy ich w domach.
- prowadziliśmy zajęcia z dwoma grupami osób starszych w zakresie gimnastyki – terapii grupowej. Łącznie w zajęciach wzięło udział około 100 osób.
- przeprowadziliśmy szkolenie dla wolontariuszy którzy w swoim życiu i pracy maja kontakt z osobami potrzebującymi pomocy i przekazaliśmy im niezbędną wiedzę by ich praca była bardziej skuteczna, profesjonalna i bezpieczna.
- na prośbę dyrekcji jednego z klubów seniora prowadziliśmy zajęcia dla „liderów” takich klubów by po naszym wyjeździe zajęcia grupowe były prowadzone nadal.
- wyposażyliśmy gabinet w wiele sprzętów rehabilitacyjnych, z których większość musieliśmy sami zaprojektować, a niekiedy i wykonać własnoręcznie bo takich sprzętów nie można było kupić na miejscu.
- Spotkaliśmy się z grupą osób po urazach rdzenia kręgowego poruszającymi się na wózkach i przeprowadziliśmy pogadanki na tematy związane z codziennym życiem osób na wózkach. Liczymy że nawiązane kontakty pozwolą nam na dalszą współpracę w zakresie aktywnej rehabilitacji.
- Swoją obecnością motywowaliśmy lokalne społeczeństwo do zainteresowania się swoimi niepełnosprawnymi sąsiadami. Nawet jeszcze na 2 dni przed wyjazdem przychodziły do nas osoby i zgłaszały że w pobliżu miejsca gdzie mieszkają są osoby które potrzebowały by rehabilitacji i pomocy.
- Nasza Siostra Maxi „odkryła” ponownie swoje powołanie w pracy z ludnością w wielkim mieście. (Tu trzeba wspomnieć że Maxi od ponad 20 lat mieszkała i żyła w Boliwii, jednak w wysokich górach, na wioskach indiańskich, gdzie pomagała niewielkim społecznościom tamtejszych wiosek. Po przeprowadzce do olbrzymiego miasta – ponad 1,5 miliona mieszkańców czuła się troszkę zagubiona.) Odwiedzając z nami pacjentów w domach, pomagając nam w codziennej pracy w gabinecie widać było że ponownie odżyła i odnalazła swoje miejsce w tym olbrzymim mieście. Jako pielęgniarka z zawodu przed nią obecnie duże wyzwania związane z dalszym prowadzeniem gabinetu i pomaganiem mieszkańcom.
- Ksiądz Marek wyszedł z łóżka, siadł na wózek i obecnie swoim życiem i postawą daje przykład swoim parafianom, że pomimo niepełnosprawności jaka go „dopadła” można służyć innym i nieść pomoc w każdych okolicznościach – nawet siedząc na wózku.
- W naszym życiu jako młodego jeszcze małżeństwa wyjazd ten był kolejnym mocnym spoiwem łączącym nasze osoby. Mogliśmy razem pracować, wspierać się w trudniejszych chwilach i chorobach. A wspólny cel i modlitwa dodawały nam sił do codziennej, niekiedy ciężkiej pracy. Dzięki wyjazdowi i pracy w tej dzielnicy (biednej i zaniedbanej) dostrzegliśmy jak dużo jest jeszcze do zrobienia, nie tylko tam w Santa Cruz, ale i w Polsce w miejscach gdzie na co dzień mieszkamy i pracujemy.
Nasz wyjazd to oczywiście nie tylko pasmo samych sukcesów i zwycięstw. Jak to w życiu bywa ze wzlotami przeplatają się chwile słabości. Do najbardziej widocznych dla nas takich chwil na pewno można zaliczyć:
- Kilkukrotne choroby, niektóre dość ciężkie, z wysoką gorączką. W czasie tych 3 miesięcy zjedliśmy więcej leków niż w poprzednich kilku latach życia w Polsce. Sam nawet 2 krotnie musiałem zażywać antybiotyki.
- Chwile kiedy licząc na słońce i ciepło w kraju podzwrotnikowym musieliśmy ubierać się w grube rzeczy, spać w polarach i pod dwoma kołdrami by nam było ciepło, bo było tak zimno.
- Niezrealizowane spotkania na które umawialiśmy się z różnymi osobami nawet kilkukrotnie, a osoby te nie przychodziły bez powiadomienia. Z czasem zrozumieliśmy że to taka odmienność kulturowa. Jednak dla nas przy bardzo ograniczonym czasie pobytu i realizacji projektu zawsze to była w jakiś sposób strata cennego czasu.
- Dość duża ilość dokumentów, które były wymagane przez projekt, rachunków i raportów zabierała nam kolejne chwile, które wolelibyśmy poświecić na bezpośrednie spotkanie z ludźmi. Nawet teraz, miesiąc później jeszcze z niektórymi papierkami musimy pracować.
Praca na misjach to nie prosta i przyjemna zabawa, choć niektórym może się tak wydawać. My byliśmy na misji która trwała tylko 3 miesiące, a doświadczyliśmy bardzo dużo różnych emocji. Większość z naszych znajomych, wyjeżdża na misje które trwają około 1 roku. W tym czasie doświadczają 4 razy więcej wszystkich wzlotów i słabości. Wiemy że czasem nie jest łatwo, ale zawsze możemy liczyć na pomoc Bożą i modlitwę. Dziękujemy wszystkim którzy wspierali nas swoją modlitwą i wsparciem mailowo-sms-owym. Ten kontakt z bliskimi i przyjaciółmi dla osób na misjach jest bardzo ważny. My mieliśmy możliwość pisania do wszystkich na tym blogu i na bieżąco zdawać Wam relację z tego co u nas. Pamiętajcie jednak że blog działa tylko w jedną stronę. Aby dowiedzieć się co u was czekaliśmy zawsze z niecierpliwością na każdego maila. Nawet kilka słów z pozoru nic nie znaczących w czasie wyjazdu, z dala od rodziny i przyjaciół jest bardzo ważnych dla wszystkich na misjach. Na koniec pragniemy was prosić o ciągłe wspieranie nas i innych świeckich, czy duchownych misjonarzy modlitwą i dobrym słowem. Tego najbardziej wszyscy potrzebujemy w życiu.
Na tym nasz blog, lecz nie nasza misja kończy się. Czy wrócimy do Boliwii ? – nie wiemy. Przed wyjazdem chcieliśmy pojechać do Afryki, Bóg chciał inaczej i byliśmy w Boliwii gdzie byliśmy potrzebni. Teraz czekamy na kolejne powołanie nas do kolejnej misji w naszym życiu.
Dziękujemy że czytaliście. Jeśli chcielibyście się z nami skontaktować to napiszcie do nas (mail: robuchowicz@interia.pl).
Witajcie. Narazie nic szczegolnego nie napiszemy poza tym ze juz jutro wylatujemy do Polski. Walizki mamy juz spakowane i ostatnia noc przed nami. Teraz nie mamy za duzo czasu na podsumowania i przemyslenia koncowe, wiec pozdrawiamy was cieplo i napiszemy jak juz wyladujemy we wlasnym domu
.
W wolnej chwili Maxi zabrala nas jeszcze do tutejszego skansenu. Na dosc duzym terenie wybudowane sa domki w stylu w jakim budowano w czasach kiedy powstawala osada Santa Cruz. Obecnie w dokach tych prowadzone sa restaruacje I rozne bary dla turystow I dla mieszkancow. Skansen polozony jest nad rzeka Pirai. W chwili obecnej rzeka przypomina rzeke piasku bo jest pora sucha I wody jest bardzo malo. Nam nawet nie udalo sie jej dojrzec.
Mimo iz wszyscy wiedza juz ze nasz pobyt tutaj dobiega konca wciaz zglaszaja sie do nas nowi pacjenci. W sobote z okazji Dnia Wieznia udalo sie Maxi I proboszczowi “przemycic nas” na teren wiezienia gdzie uczetniczylismy w dwoch Mszach Swietych. Pierwszej w czesci wiezienia przeznaczonej dla kobiet, gdzie przy okazji moglismy sie spotkac z poznana wczesniej polka. Drugiej w meskiej czesci gdzie po Mszy zglosil sie do nas jeden z wiezniow po porade bo mial problem z reka. Wieczorem po powrocie od Mauricia bylismy jeszcze w domu u nowej pacjentki ktora porusza sie na wozku. Wiadomosci o powstalym gabinecie I naszej pracy zataczaja coraz wieksze kregi I nawet w ostatnim tygodniu do gabinetu przychodzili jeszcze nowi pacjenci z ktorymi jedynie mozemy rozpoczac terapie, a jej kontynuacja bedzie po naszym wyjezdzie juz z lokalnymi wolontariuszami.
Nie mamy tu zdjec bezposrednio zwiazanych z tematem, ale utrwalilismy nasze rece opieczetowane przy wejsciu na teren wiezienia, oraz kolejna gadajaca papuge ktora mieszkala u nowej pacjentki.
Wczoraj specjalnie na nasze pozegnanie w jednej z kaplic ugotowano patasce. Jest to zupa z swinskiego lba gotowana z kukurydza. Wyjatkowosc przygotowania polega na gotowaniu zupy przez cala noc na ognisku w wielkim garze i bez dodatku soli. Sol podobno zle wplywa na kukurydze ktora jest gotowana w zupie. Dopiero na talerzu kazdy dodaje tyle soli ile uwaza za odpowiednie. W czasie Mszy Swietej zrobilismy kilka zdjec malej wspolnocie mieszkancow, ktora zazwyczaj przychodzi do tej kaplicy. Po Mszy wszyscy kupuja ugotowane potrawy i jedza na miejscu lub przychodza ze swoimi garnkami i zabieraja do domow.
Wczoraj zostalismy rowniez zaproszeni przez Mauricia na objad do jego rodzicow. Po obfitym talezu pataski zjedzonym w kaplicy zastanawialismy sie jak uda nam sie zjesc kolejna porcje objadowa. Mauricio przyjechal po nas pod kaplice i pojechalismy razem do jego rodzicow. Na objad miala byc jedna z typowych potraw boliwijskich – locro. W wielkim garnku na ognisku gotowala sie potrawa. Po pewnym czasie kiedy warzywa byly juz miekkie zasiedlismy do stolu. Jak sie okazalo zupa przypominala znany nam dobrze rosol, jednak podany z ryzem i inaczej doprawiony. Zjedlismy ze smakiem. Na koniec milego spotkania Mauricio zrobil nam zdjecie z rodzicami. W oczekiwaniu na zupe poznalismy rowniez papuge ktora mieszkala na patyku w ogrodzie. Bardzo ciekawska i rychliwa zagadywala do nas po swojemu.
Uroczyste wreczenie dyplomow, zakonczone uroczystm poczestunkiem na ktory zlozyly sie potrzwy przyniesione przez wszystkich kursantow, uwienczylo prawie trzy miesieczne szkolenie wolontariuszy. Teraz pozostaje jedynie czekac na efekty naszych szkolen. Wolontariusze bedza przychodzic do zalozonego gabinetu I pomagac w prowadzeniu terapii osobom ktore teraz beda w nim udzielac porad I swiadczen. Wszyscy zadowoleni I szczesliwi z duma zaprezentowali otrzymane od nas certyfikaty ukonczenia szkolenia.
Dzis do naszej przychodni zawital bardzo leniwy pacjent. Byl na tyle leniwy ze doszedl do pobliskiego drzewa i za nic nie chcial przejsc ani kawalka dalej. W kilka osob probowalismy mu wytlumaczyc ze gabinet jest o 3 metry dalej ale ten za nic mial nasze prosby i namawiania. Jak usiadl tak siedzial przez caly czas. Partrzyl sie na nas jedynie od czasu do czasu jakbysmy byli z innej planety, lub innego gatunku, krecil glowa, a jak sie na niego za dlugo patrzylismy ostentacyjnie obracal glowe w druga strone. Probowalismy nawiazac z nim romowe, wypytac z czym przyszedl, co go boli, ale nie odezwal sie do nas zadnym slowem, ani nawet nie wydal zadnego dzwieku. Niestety ale w miejscu w ktorym sie znajdowal nie moglismy z nim nawet wykonywac cwiczen biernych. Slonce tak mocno swiecilo, ze po kilku minutach chowalismy sie do cienia, a ten siedzial i siedzial. Przeszla godzina zamkniecia gabinetu, ale mimo to nasz gosc nie zechcial nawet opuscic terenu przychodni. Pozostawilismy go wiec pod czujnym okiem naszej Doni Juli, ktora mieszka na terenie przychodni i poszlismy do domu. Moze noc i wiatr, ktory zaczal wiac w jakis sposob sklonia go nastepnym razem do wejscia do srodka, lub przynajmniej krotkiej rozmowy. My musielismy wracac do domu.
W tym tygodniu – ostatnim naszego pobytu pozegnalismy sie z naszymi “dziadkami” przy parafii, z ktorymi przez caly czas prowadzilismy zajecia. Prowadzenie zajec przekazalismy jednej z naszych kursantek z kursu dla wolontariuszy, ktora zobowiazala sie do dalszego ich prowadzenia wraz z siostra Maxi.